Świadectwa z Mszy św. z modlitwą o uzdrowienie (27.01.2010)

Świadectwo Sabiny

Mam na imię Sabina.
Pod koniec kwietnia 2009r. zaczęły pojawiać się u mnie dziwne dolegliwości fizyczne – spuchły mi kostki. Ponieważ z tygodnia na tydzień bolały coraz bardziej i ogólnie źle się czułam, zaczęłam po kolei odwiedzać różnych lekarzy specjalistów. Niestety nikt nie potrafił ustalić co mi jest. Każdy twierdził, że jestem zdrowa.
Ponieważ wiedziałam, że co dwa miesiące odprawiane są tu msze z modlitwą o uzdrowienie, przyjeżdżałam za każdym razem, i za każdym razem liczyłam, że może tym razem Jezus mnie „zauważy”. Że coś poczuję, że usłyszę od prowadzących słowa, skierowane właśnie do mnie. To był taki mój plan mojego uzdrowienia. Jednak co msza – to ja byłam bardziej chora.

W lipcu lekarz pulmonolog stwierdził u mnie sarkoidozę, czyli powiększenie węzłów chłonnych w śródpiersiu. Zostałam zakwalifikowana do zabiegu operacyjnego, który miał potwierdzić sarkoidozę i wykluczyć chorobę nowotworową. Kiedy w sierpniu trafiłam
do szpitala okazało się, że mam czynną infekcję dróg moczowych oraz leukopenię i zabieg trzeba było przełożyć. W między czasie nadwyrężyłam sobie prawy łokieć i konieczne było gipsowe usztywnienie ręki. Byłam zdruzgotana. Wizja choroby nowotworowej, takiej ludzkiej bezradności i zależności od innych działała na mnie depresyjnie. Nie bałam się śmierci, ale przerażała mnie myśl, jak moi najbliżsi poradzą sobie beze mnie, jak trudno będzie mojemu kochanemu mężowi, jak moje dwie córeczki będą dorastały bez mamy… Tylu rzeczy im jeszcze nie przekazałam. Bałam się, ale nie potrafiłam o tym rozmawiać. Starałam się być twarda, ale w głębi serca czułam się coraz bardziej nieszczęśliwa i samotna. Chociaż bardzo kocham mojego męża, odsunęłam się od niego, zaczynałam się kłócić z byle powodu, a wieczorami płakałam. W domu zrobiłam generalne porządki, żeby rodzina po mojej śmierci wiedziała gdzie co się znajduje, napisałam swój testament, czekałam na kolejny termin operacji i na kolejną mszę z modlitwą o uzdrowienie.
I wreszcie nadszedł dzień 23 września 2009r. Po mszy ksiądz Eugeniusz powiedział, że „jeśli w ostatnim czasie Pan Bóg uczynił coś w Twoim życiu, to podejdź i podziel się tym”. Podeszłam wówczas do Joasi i Wojtka i powiedziałam, że nie wiem o co chodzi, ale Jezus zamiast mnie uzdrawiać, dopuszcza na mnie coraz to nowe choroby. Wówczas Joasia zaproponowała, żeby pomodlić się nade mną wstawienniczo. Pamiętam, że w czasie modlitwy prosiłam tylko o jedno: żeby stała się wola Boża. Już nie miałam planu, już nie miałam siły walczyć sama, oddałam swoje życie Jezusowi i zdałam się zupełnie na Jego wolę. Otworzyłam swoje serce i pozwoliłam, żeby Jezus zaczął działać po swojemu.
I zaczął. Wyleczyłam infekcję, po rehabilitacji ręka przestała boleć. W październiku poszłam na zabieg, który wykluczył chorobę nowotworową. Żeby mnie wyleczyć, Jezus posłużył się lekarzami. Ale najważniejsze było to, że Jezus sam uleczył moją duszę i obdarował mnie pokojem wewnętrznym. Moje życie zwolniło tempa, zaczęło być spokojniej. Znalazłam stałego spowiednika, z którym zaczęliśmy pracę nad moim rozwojem duchowym. Pojechałam z mężem na rekolekcje dla małżeństw, porozmawialiśmy i wróciliśmy odmienieni, na nowo zakochani w sobie. I choć codzienne życie niesie ze sobą mnóstwo różnych spraw
i problemów, moja dusza śpiewa, bo wie, że Jezus się o mnie zatroszczy. Wiem, że gdyby nie ten trudny czas choroby, nie pozwoliłabym Jezusowi, żeby to On przejął stery w moim. Wiem, że jeśli pozwolę, żeby Jezus zajął pierwsze miejsce w moim życiu, jeśli zaakceptuję Jego plan, wszystkie inne sprawy znajdą się na właściwym miejscu.
Bo Jezus jest moim Panem i Panem całego mojego życia.
 Amen! Chwała Panu!


Świadectwo Marysi

Nazywam się Maria. Jestem mężatką i matką. Będąc w kościele św. Piotra i Pawła po raz kolejny przeżyłam cud uzdrowienia. Od urodzenia mam krzywą przegrodą nosową i z tego powodu często mam krwotok. Szczególnie w czasie przeziębienia i podczas wysiłku oraz przy osłabieniu organizmu. Miałam z tym problemy w dzieciństwie, przy doświadczeniu ogromnych stresów oraz kiedy byłam w ciąży. W ostatnim czasie miałam różne kłopoty i czekała mnie sprawa w sądzie. Próbowałam o tym nie myśleć i starałam się jak najwięcej pracować, co pogorszyło mój stan zdrowia. Każdy większy wysiłek kończył się kolejnym krwotokiem. Bałam się, że znów będę musiała zwrócić się po pomoc do lekarzy, którzy podejmą decyzję, abym poddała się różnym nieprzyjemnym zabiegom. Bardzo mnie to wszystko martwiło.
Przyszłam na Mszę św. nie tyle prosić o zdrowie, a o pokój Boży, który pozwoliłby mi przeżyć trudne chwile. W czasie, kiedy ksiądz przechodził z Najświętszym Sakramentem, wierzyłam, że to sam Pan Jezus jest ze mną i jeśli chce, to mi pomoże. Tak się stało. Po Mszy św. wróciłam do domu i od tej pory krwotok się nie powtórzył. Mimo tego, że schylałam się, wycierałam nos. Moja choroba minęła. Sprawa w sądzie, która dotyczyła źle policzonych dni pracy oraz wypłacenia zasiłku dla bezrobotnych, też się zakończyła sukcesem. To wszystko umocniło moją rodzinę. Po tym wszystkim ja i moja rodzina jesteśmy ludźmi bardziej wierzącymi.
Chwała Panu!